![]() |
Wielka Wojna OjczyźnianiaRozdział 2 - Wspominki hemtana polnego 5 maja 2057 roku Zazwyczaj nie piszę pierdolonych wspominek, pamiętników czy innych takich dupereli. Zazwyczaj patrząc na ciało widzę zmasakrowane w większym lub mniejszym stopniu połacie mięsa różnego pochodzenia. Zazwyczaj jestem zajebanym skurwielem który mógł się szczycić swoją gruboskórnością... Ale to nie jest normalna sytuacja a już z całą pewnością nie jest to "zazwyczaj"... To miała być kolejna spokojna noc. Zwyczajowo odesłałem większość chłopaków na zasłużony odpoczynek. Było święto, więc mieli trochę luzu. Kilka piwek i flaszeczka na czterech nie powinna była ich za bardzo zmęczyć. Należało im się trochę rozrywki w tym nudnym miejscu na środku jebanego niczego. Transporty docierają tu nieczęsto, bo niby komu chciałoby się zapierdalać taki kawał. Drogi porządnej tu nie ma, a nasze systemy obronne nastawione są na tryb agresora. Mało który wariat lata tu z uśmiechem na gębie, raczej uważnie patrzy na wskaźniki. Od pamiętnego zniszczenia Mazur nie dajemy nikomu taryfy ulgowej. Zasiadłem sobie spokojne do czuwania nad bezpieczeństwem Macierzy, przeglądając forum. Gorąca kawa i papierosek jak zwykle pieściły moje zmysły. Wszystko byłoby jak najbardziej w porządku gdyby nie włączył mi się nagle system czujności. Mojej własnej prywatnej czujności. W mojej podświadomości zagnieździła się nagle myśl, że coś jest mocno, kurwa, nie tak... Nie wiem czy powodem były zakłócenia pojawiające się na falach RMHRS, czy może fakt, że radio wskazało zerową aktywność na falach jakichkolwiek. Coś mnie po prostu mocno zaniepokoiło... Wszystkie odczyty były w normie. Radar milczał jak zawsze. Tylko to pierdolone radio. Pchnięty potrzebą zaczerpnięcia odrobiny świeżego powietrza podszedłem do okna. Wpatrując się w rozgwieżdżone niebo zastanawiałem się o co może chodzić. I wtedy to zobaczyłem... Gdzieś w oddali między gwiazdami dostrzegłem błysk. Niby nic wielkiego, ale takie rzeczy nie zdarzają się codziennie. Biorąc pod uwagę ostatnie raporty dotyczące tych dupków z PMG to możemy spodziewać się najgorszego. Już miałem oderwać się od okna i zarządzić alarm (tak na wszelki wypadek) kiedy mnie zamurowało. Możliwe, że to co zobaczyłem było tylko przewidzeniem, może to kwestia niepokoju który we mnie narastał, może to zwykłe haluny. Moim oczom okazał się Orzeł Zwycięski, a raczej coś co wyglądało jak on. Zminiaturyzowany i widziany z bardzo daleka, stworzony ze snopu iskier i ognia. To PMG dostawała wpierdol, a raczej dogorywała. Szczątki ich statków płonęły krótkim, acz intensywnym ogniem, tworząc poświatę. Na krótko, ale wyraźnie widziałem Orła, Orła, któremu najpierw gasną skrzydła, jakby odrywane od reszty ciała. Po chwili pochyla głowę, jakby w pokorze i poddając się, chcąc uchronić choćby cząstkę z tych których miał bronić... Tych, którym kojarzył się z potęgą i zwycięstwem. Ten widok spowodował że nie mogłem się przez chwilę poruszyć i jedyną rzeczą, która obudziła moje zmysły był papieros który dopalając się poparzył mi palce... To było jak impuls. Błyskawicznie podejmowane decyzje. Alarm. Pełna gotowość bojowa. Radar. Kurwa! Dlaczego ten pierdolony kawałek złomu nic nie pokazuje!!! Na niebie zaczęły pokazywać się pierwsze spadające odłamki lecące w stronę Pomorza, które mieliśmy obronić za wszelką cenę. Szarańcza została odpalona. W ostatniej chwili. Przelotna myśl powiedziała mi, że muszę przyznać awans kilku trzeźwiej myślącym żołnierzom. Gdyby nie ich bystry wzrok i szybkie decyzje, nie zauważylibyśmy niczego. Spadające szczątki okazały się resztami statków PMG... Bóg jeden wie ilu ich tam zginęło... 5 maja 2057 roku Radar wciąż nic nie pokazywał. Trzeba było przejść na stare i dawno już nie używane instrumenty. Lornetki okazały się pomocne. Bakszuk podał nawet swoją kamerę cyfrową, która okazała się bardzo przydatna. Łączność bezpośrednia z jednostkami V3211 i V 3242 nie działała. Nawet, kurwa, to! Dzięki kamerze chłopaki zlokalizowali kilka obiektów zbliżających się z ogromną prędkością. Nawet się, chuje, nie kryli. Szarańcza została wypuszczona po raz kolejny. Każdy jeden pocisk rozbił się na jakiejś dziwnej poświacie otaczającej NOLe. Gdzieś znad kokpitu padło ciche i podłamujące "o kurwa...", ktoś inny szepnął tylko "...jakaś... bariera..." Kolejna decyzja mogła być tylko jedna. Czas na użycie ostatecznej zabaweczki, którą tu mamy. Czerwony przycisk... Po szybkim wklepaniu kodów zabezpieczających system stał się aktywny. Jedno z największych osiągnięć chłopaków z NeoTechu w dziedzinie obrony p-lot zostało odpalone. Wszyscy z zapartym tchem czekaliśmy na efekty, ale żaden z nas nie spodziewał się tego co zobaczyliśmy. Skuteczność wystrzeliwanych z częstotliwością 120 rakiet/sekundę okazała się nieporównywalnie mniejsza od oczekiwań. Tylko kilka z bezpośrednio trafionych NOLi zostało strąconych. Reszta najwyraźniej zainteresowała się nami. Czas było spierdalać... Na szczęście inne ośrodki Skrzydła Obrony Powietrznej nie były bezczynne. Ostrzał dał nam chwilę wytchnienia, nie wystarczającą jednak, żeby zabrać wszystko i wszystkich... Wielu zginęło przywalonych gruzem. Wielu już nigdy nie zobaczy wschodu słońca nad morzem... Ale to nie miało znaczenia. Najważniejsze było teraz przegrupowanie się. Odskok i próba połączenia się ze Sztabem. Z całego kompleksu wyszło cało czterech żołnierzy, nie licząc mnie. Żaden z nas nie chce nawet wspominać o tym co wtedy widzieliśmy. O pogromie i masakrze którą urządziło nam to coś... Wiedzieliśmy jedno. Czymkolwiek by to nie było, zrobimy wszystko, żeby pomścić tych, którzy oddali życie za Macierz. Zabijemy każdego jednego skurwysyna który wysiądzie z jakiejkolwiek dziwnej maszyny! 5 maja 2057 roku Tego ranka pomyślałem o wielu awansach i honorach przyznawanych pośmiertnie... Kędzior podał mi zawiniątko. Był to brudny i poszarpany symbol. Symbol który wszystkim nam dodał sił żeby iść dalej... Mimo że już nie taki dumny, to wciąż był to Sztandar Zwycięski... Po sromotnej klęsce i klasycznym dostaniu w dupę, tudzież przyjęciu na
klatę; po tym jak nerwy trochę nam się uspokoiły i zaczęliśmy analizować
to co się stało, nie do końca to jeszcze rozumiejąc; krótko mówiąc - podczas
drogi do I Bazy Terenowej Słupsk - dokonaliśmy kilku ciekawych odkryć.
Kędzior przyznał się, że dostał do nas przydział z MI. Szpiegowali nas.
Niestety, nie wzięli pod uwagę, że Kędziorowi się u nas spodoba, to raz;
i że chłopak nie będzie miał możliwości znalezienia żadnego haka, bo wszystko
było przepisowe (no, może oprócz umundurowania...), to dwa. Nie mam pojęcia,
co te szuje z MI chciały u nas znaleźć, ale znając ich sposób działania
wiedzieli o czymś i nie chcieli powiedzieć. Wątpię w prewencję... Okazało
się też, kim są pozostali przy życiu "wybrańcy". Otóż Lufa to
kierowca betoniarki bojowej skierowany do nas, żeby mógł spokojnie emeryturki
doczekać, ksywa wzięła się od jego niespotykanego lubowania się w "lornetce
i meduzie". Kolejnym był Galski - Informatyk Jednostki Dywersji Elektronicznej.
Tego znałem już długo i jego umiejętności nie raz już przydawały się,
jak kompa szlag trafiał i Lwy Macierzy zawieszały się w połowie planszy.
Swój chłop... szkoda, że podczas ataku stracił pół twarzy - lewe oko i
całą lewą stronę miał zmasakrowaną, dodatkowo nabawił się częściowego
niedowładu lewej ręki. Podłamało go to strasznie i obawialiśmy się o jego
psychę... Szczęście, że mógł chodzić. Ostatnią z wybranych była starsza
lejtnant Bojarska. Jej akta były modelowe. Takim oddziałem niedobitków udaliśmy się do miejsca, które uznałem za najlepsze do przegrupowania. Było stosunkowo niedaleko i mogliśmy naocznie stwierdzić po drodze, jak wygląda teraz życie w Macierzy Północnej (nie mylić z Ziemiami Północnymi). A widok był co najmniej zatrważający. Niektóre miasteczka były opuszczone w pośpiechu. Inne jeszcze się paliły. W wielu miejscach zauważalne były ślady ingerencji czegoś, co było dla nas niezrozumiałe. Wiedzieliśmy już, że nie przyszło nam walczyć z czymkolwiek co znaliśmy do tej pory... Ten marsz najbardziej przeżył Lufa. Trafiliśmy na betoniarkę bojową zrzuconą z drogi. Podszedł tam jako pierwszy. Zobaczył żołnierza przygniecionego ciężarem maszyny. Zdaje się, że go znał. W oczach prawdziwego twardziela, chłopa który brał udział w Wojnie Totalnej i należał do skarżonych o brutalność pojawiły się łzy... Szybko jednak nad tym zapanował i szklane oczy zmieniły swój wyraz. Teraz były spojrzeniem rządnym krwi. Krwi i pomsty. Już wiedziałem, że nie odejdzie na żadną pierdoloną emeryturę. Prędzej zginie. Wszyscy chcieliśmy pomóc mu doprowadzić betoniarkę do stanu używalności i wtedy dotarła do nas dość istotna rzecz. Maszyna nie przewróciła się sama. COŚ ją przewróciło na tego żołnierza. Po prawej stronie widoczne były jakieś dziwne ślady. Nie potrafiliśmy jednak stwierdzić jakiego rodzaju mogły to być ślady... Lufa poskładał maszynę, użył jakichś podnośników wbudowanych w pojazd, żeby postawić go na koła. Dalej już pojechaliśmy. 6 maja 2057 roku Sam Słupsk nie był już miastem, bardziej przypominało to kupę gruzu. Posterunki policji i jednostka wojskowa przeszły poważne zmiany kosmetyczne. Jeżeli można w ten sposób nazwać coś, co porównać mogę tylko do nalotu dywanowego. Obrzeża miasta i dzielnice wysunięte dalej praktycznie nie istniały. Nie można tu nawet mówić o wrakach i zgliszczach. To wszystko było jedną wielką kupą śmieci. Tak, jakby wziąć figurki origami, zalać je wodą a później wszystkie razem zgnieść w dłoni i rzucić w kąt, czekając aż wyschnie. To był istny kocioł... Jedynie Stare Miasto, będące centrum metropolii, jakoś jeszcze wyglądało. Tu stosunkowo mało było betonowych tworów. Paryż Północy wyglądał teraz jak Paryż po nalocie, ale wciąż był w miarę dumny. Pierwsze, co uderzyło nas po wjechaniu do miasta - to zapach, chociaż "smród" byłby bardziej na miejscu. Spalone ciała, zwęglone szczątki i wszechobecne trzewia ludzi nie nastrajały optymistycznie. Lufa nie zwracał na to już uwagi, Bojarska podobnie. Najgorzej reagował Kędzior. Przestał rzucać rozładowujące nerwy teksty mające na celu wzbudzanie w nas głupawki i poprawiające ponury nastrój. Jedyne co robił, to gorączkowo ściskał Sztandar coraz bardziej go gnąc. Pierwsze rozkazy jakie wydałem, trafiły do Lufy. Miał trochę ogarnąć teren wokół miejsca które wybraliśmy na tymczasową bazę - Urzędu Miejskiego. To jedyne miejsce, które miało jako taki schron betonowy, który uchował się przed atakiem. Tam zaczęliśmy zbierać ocalałych. Nie było ich wielu... W sumie może koło trzech setek rannych i przestraszonych ludzi. Kilku strażaków znających zasady pierwszej pomocy robiło co mogło. Ale oni chcieli zrobić więcej... Słupsk znałem dość dobrze, toteż bez problemu udało mi się wyselekcjonować ewentualne męty - chłopaków których umiejętności ograniczały się do skutecznego dawania w mordę, czajenia się po bramach i wypatrywania ewentualnego celu. Tak, zebrałem wszystkie miejskie zwierzęta, jakie udało mi się znaleźć i przy nieocenionej pomocy starszej lejtnant Bojarskiej nakłoniłem ich do współpracy. Nie było to trudne. Wiedzieli że wszystko coznali do tej pory przestało właśnie istnieć. Dresiarze wyszli z cienia i rozpoczęli swoją walkę w obronie Macierzy. Galski trochę doszedł do siebie po otrzymaniu kilku zastrzyków wzmacniających i przeciwbólowych. Więcej nie mogliśmy dla niego zrobić, a był nam potrzebny. Sprzęt UM mógł być jedyną szansą na kontakt z innymi oddziałami. Jeżeli jeszcze jakiekolwiek oddziały się uchowały... Po wstępnym zreorganizowaniu tego co tu udało się znaleźć (przy niewielkiej pomocy chłopaków-sportowców), wzięliśmy się za sprzątanie na większą skalę. Początki zawsze są trudne. Szczególnie kiedy okazuje się, że z ponad stutysięcznego miasta (chociaż jak na Macierz - to zaledwie mieścina), znaleźliśmy niewiele ponad tysiąc ciał. Wszystkie zmasakrowane. Największe zdziwienie wywarło to, że większość ciał wyglądało, jakby ludzie ginęli od uderzenia. Z tym, że uderzenie to można porównać chyba tylko do rozpędzonego Agresora... Po kilkunastogodzinnych poszukiwaniach straciliśmy nadzieję na znalezienie kogokolwiek żywego. Wtedy też zaczęły się pierwsze problemy z rannymi. Nikt nie miał pojęcia, czym to wytłumaczyć. Żadna znana choroba nie działała w ten sposób. Objawy przypominały ebolę i pewnie tak byśmy to sklasyfikowali, gdyby nie jeden szczegół. Ciało rozkładało się za życia człowieka. A my mogliśmy tylko stać i patrzeć jak umierają w męczarniach. Każdy bał się skrócić ich męki. Mieliśmy mało amunicji, a kontakt z krwią mógł okazać się ostatnią rzeczą w życiu każdego odważniejszego. Zabroniłem tego z uwagi na i tak zbyt małą ilość ludzi którymi dysponowaliśmy. Po tym widoku naprawdę niewiele mogło nas już zadziwić...
7 maja 2057 roku Wszystkie informacje jakie teraz do nas docierały były przetwarzane na
kompie biurw. Nie był to sprzęt wysokiej klasy, ale lepszego nie mieliśmy.
Trawienie danych zajmowało czas, czas który mogliśmy poświęcić na szybkie
zastanowienie się nad sytuacją. Ustalenia były jasne - przegrupować się
i uderzamy do Bazy OPsych. Szkoda tylko, że gorzej było z wykonaniem.
Mieliśmy około dwustu żywych i chyba nie zarażonych ludzi, ale z każdą
minutą tych ostatnich ubywało. Jedyni ludzie, którzy znali się trochę
lepiej na pierwszej pomocy, już dawno poumierali. Sytuacja się pogarszała... Jakąś godzinę po wyprawieniu słupszczan w drogę, radia znów oszalały. Tym razem wszystko się wyciszyło. To nie mógł być dobry znak...Galski podzielił się z nami przypuszczeniami co do zbliżającego się pojazdu powietrznego. Powiedział że nie może to być nic, co wyszło z polskiej fabryki, bo marker jest dla niego zupełnie niezrozumiały. Później stracił przytomność. Wysłałem niewielką grupkę najlepiej czujących się ludzi w rejon, gdzie miał zaraz pojawić się ów pojazd. Poszło ich dziesięciu, mieli tylko sprawdzić, jak to gówno wygląda i co zrobi. Nawet nie zauważyłem, kiedy zniknął mi z oczu Lufa. Nie mam pojęcia co tam się działo z początku. Widziałem tylko wybuchy z daleka. Wyglądało to na tyle poważnie, że myślałem że zaraz usłyszę hasło "Kontakt z wrogą eskadrą myśliwców!", ale radio milczało. Zrujnowane miasto dostawało wpierdol po raz kolejny. Całość rozgrywała się na Osiedlu Niepodległości, niegdysiejszej sypialni miasta. Wokół latały kawałki zbrojonego betonu, mniejsze drzewka i ławki, na których siadywali młodzi intelektualiści zaczytując się Sienkiewiczem. W to wszystko wkomponowywała się jeszcze jedna akcja - ryk silnika betoniarki bojowej. Po dobrym kwadransie nie wytrzymałem i wsiadłem w jeden z nielicznych samochodów, które tu zostały, Poloneza Informator w delikatnym dezabilu (brakowało mu drzwi, klapy od bagażnika i maski) i ruszyłem obejrzeć zadymę z bliska. Trafiłem na sam jej koniec. To, co zobaczyłem zbiło mnie w fotel. Lufa w swojej zdezelowanej betoniarce
nie walczył z eskadrą myśliwców, a z jednym tylko napastnikiem!!! JEDNYM!
Sam jeden zdemontował pół osiedla, nie mając żadnej widocznej broni! Jedyne
co było widać to wielki, prawie trzymetrowy pancerz poruszający się szybciej
niż jakikolwiek Mech którego wcześniej widziałem. A nawet nie był Mechem...
Lufa unieruchomił go w końcu tracąc niestety tym manewrem betoniarkę bezpowrotnie.
Tego wieczora znów na moment mieliśmy łączność. Wiadomość o wysłanym transporcie poszła do Sztabu. Nie mam tylko pojęcia czy dotarła. My za to otrzymaliśmy miłą niespodziankę w postaci pilota transportowca i jego maszynki. Dostał instrukcje i poleciał dalej już z ładunkiem. Mam tylko nadzieję że dowiezie go gdzie trzeba. Radio powiedziało nam jeszcze jedno... Ludzie, których odprawiliśmy kilka godzin wcześniej pojechali drogami... Nie przewidzieli tego, że żadna trasa nie jest już bezpieczna... Z tego co wiem konwój został zaatakowany. Czy ktoś przeżył i co się może z nim dziać - tego nie wiem... Tak minął kolejny dzień w świecie, który zaczął dramatyczną walkę o swój byt. Kolejny dzień w zaczynającej się właśnie wojnie. Zasiedziany przy analizie danych czekałem na to, co może się jeszcze wydarzyć. Nawet nie zwracałem uwagi na to co się wyświetliło nagle na monitorze. Gdyby nie słuchawki na uszach pewnie przegapiłbym komunikat. "Tu hetman polny magAdan, do hetmana polnego Remy'ego. Remy zgłoś się. Jest tam ktoś? Remy, zgłoś...". "Remy zgłasza się"
|
| Hosted by korpusy.org |