Wielka Wojna Ojczyźniania
Rozdział 3 - Lotnisko
Ambrose, Arnie
24 Styczeń 2057...
Mija kolejny zwykły dzień w 7. Dywizjonie Lotnictwa Transportowego (
zwanego także żartobliwie "Szczęśliwa siódemka" ) stacjonującego
na lotnisku wojskowym w Tarnowskich Górach. Mechanicy naprawiają, oraz
prygotowują do ćwieczebnych lotów ciężkie, ogromne, mogące przewieźć nieobliczalną
ilość ładunku Super Transportowce MARIAN IX...
Natomiast życie pilota w jednostce opiera się głównie na utrzymaniu kondycji
fizycznej, oraz treningach na symulatorach. W wolnych chwilach żołnierze
są na przepustkach lub umilają sobie życie w jednostce na różne sposoby...
O godzinie 13:03 dowódca 7. Dywizjonu oficer Arnie odebrał rozkaz od Naczelnika
Zjednoczonego Dowództwa Polskich Sił Zbrojnych, oto jego fragment:
(..) Naczelnik Państwa wraz z Zjednoczonym Dowództwem Polskich Sił Zbrojnych
oraz po konsultacji z ogranizacjami humanitarnymi wyznacza 7. Dywizjonowi
Lotnictwa Transportowego następujące zadania pod kryptonimem "AMERIKAN
PAJ":
- Niesienie pomocy Stanom Zjednoczonym pogrążonym w totalnej biedzie,
poprzez transport wszelakich środków pomocy ( ustalonych z góry przez
rząd WRP ) na ich teren.
- Przewóz osób na teren Stanów Zjednoczonych, które będą miały na zadanie
kontrolę nad przebiegiem tejże akcji....
Wszystkie szczegóły akcji dostępne są w załącznikach...(...)
W tym samym dniu koło godziny 17:00 odbyła się odprawa wszystkich żołnierzy,
którzy mieli brać udział w misji "AMERIKAN PAJ". Na odprawie
dowódca 7. Dywizjonu Arnie przekzał wszystkie informacje związane z tą
akcją.....
Przez kolejne kilka miesięcy dzielni żołnierze "Szczęsliwej siódemki"
odbierali duże ładunki na lotnisku w Tarnowskich Górach i swymi ogromnymi
maszynami transportowali dla potrzebujących Stanów Zjednoczonych....Nie
były to zadania, którymi mogli się poszczycić, lecz w czasie pokoju trudno
o wymagające zadania, w kórych piloci mogli by się wykazać swymi umiejętnościami...
7 kwietnia 2057
Z powodu niezidentyfikowanego ataku na bazę wojenną PMG Wielkiej Rzeczpospolitej,
Zjednoczone Dowództwo Polskich Sił Zbrojnych nakazało zaprzestanie akcji
humanitarnych w Stanach Zjednoczonych i powrót wszystkich maszyn do jednostki
w Tarnowskich Górach i ogłoszenia stanu gotowości bojowej w razie bezpośredniego
ataku na kraj....
9 kwietnia 2057
Gdy wszystkie maszyny były już w jednostce i wszyscy żołnierze z racji
nakazu powrócili do jednostki, dowódca "Szczęśliwej siódemki"
na odprawie przekazał nasępujące rozkazy:
- W jednstce V3437 obowiązuje stan wyjątkowyZ tego powodu zakazuje się
opuszczania jednostki, wszystkie przepustki zostały wstrzymane, maszyny
mają przez 24 godziny na dobę być w gotowości...- na koniec dodał: - Panowie
!!! Wojna chyba będzie nieunikniona, więc jak przystało na prawdziwych
żołnierzy gdy będzie trzeba zginiemy za WRP !!! - po czym oddalił się
by przejżeć jak idą prace ludzi przygotowujących Mariany IX do działań...
5 maja 2057
Stan wyjątkowy obowiązywał w jednostce już prawie od miesiąca, wszyscy
żyli w wielkim strachu, chodzili jak na szpilkach... Właśnie ten dzień
zostanie wszystkim w pamięci, wszystkim którzy przeżyli...
Atak Psów - tak nazywano najeźdzców, praktycznie zmiótł wszystko co znajdowało
się na lotnisku i w jego obrębie, wszędzie ogień, wybuchy, krzyk ludzi,
jednym słowem apokalipsa.... Dowódca cudem uniknał śmierci, po tym jak
spadła koło niego część Mariana IX...
Gdy ustał nalot, opadł dym, resztki 7. Dywizjonu zebrały się w podziemnym
hangarze, gdzie ledwo żywy dowódca nakazał:
- Żołnierze, straty w ludziach i w sprzęcie są ogromne, musimy się ewakuować,
jako miejsce podał oddalone o kilka kilometrów polowe lotnisko, służące
ostatnimi czasy cywilom...
Po zebraniu wszystkich ludzi, niezbędnego sprzętu i odpaleniu cudem ocalałych
w owym hangarze 3 Marianów IX odlecieli na polowe lotnisko, gdzie ukryli
maszyny , a sami zaczęli się fortyfikować w opuszczonych budynkach....
Kilka tysięcy kilometrów dalej:
Pieprzony piach, pieprzona pustynia, pieprzone dowództwo, pieprzony awans
- nic bardziej konstruktywnego nie przychodziło w tej chwili do głowy
oficerowi Ambrose'owi, dowódcy V3807. Zdecydowanie inaczej wyobrażał sobie
swoją przyszłość w wywiadzie, jednak za 'zbytnią niesubordynację i nadmierną
niezależność' jak to ładnie określili, ale również w uznaniu za "zasługi
na rzecz dobra Ojczyzny" dupnęli do tego pieprzonego Burkina Faso
z awansem na dowódcę w
kieszeni. Cholerna dziura, poligon atomowy, rzekome miejsce ukrycia się
niebezpiecznych terrorystów.
- Mają chłopaki wyobraźnię - przeszło mu przez myśl - terroryści w 2057
roku na terenie WRP, a zapewne jutro nowopowołany rząd wprowadzi uchwałę
o biopaliwach bazujących na ekstraktach z naturalnych brazylijskich buraków.
Dowództwo VPKI mieściło się w pokaźnym, betonowym budynku. Nowoczesna
architektura, urzekające piękno połączone z finezją, w sumie całkiem mili,
oddani służbie Ojczyźnie pracownicy i wszystko byłoby naprawdę w porządku
gdyby nie ten pieprzony piach. Wszędzie było go pełno, właził nawet do
cholernych butów.
Ambrose ostatni raz spojrzał na wschodzące słońce, po czym udał się w
kierunku betonowego molocha. Minął naszpikowane zabezpieczeniami drzwi,
po drodze do biura pozdrowił kilku znajomych, ładnie poprosił swoją sekretarkę
o kawę, po czym rozsiadł się przy swoim biurku, na którym czekała już
na niego sterta makulatury. "Papierkowa robota.. eh.. uwielbiam takie
dni" ironiczne stwierdzenie przeszło mu przez myśl. Słowem, normalny,
nudny dzień w pracy. Ambrose
pełen złości i nienawiści do wszystkiego co się rusza, przeklinając swoje
położenie i owy błogi spokój zabrał się do pracy. Gdyby wiedział co czeka
WRP w przeciągu kilku najbliższych godzin z pewnością z jego ust nigdy
nie wymknęłoby się żadne słowo oskarżające Boga o taki właśnie los.
...
5 maja 2057 r. - najgorszy dzień w dziejach ludzkości. Piekło na ziemi,
coś co w ogóle nigdy nie powinno się zdarzyć, nie miało racji bytu. Coś
co całkowicie zaskoczyło pokolenie obywateli WRP kompletnie nieprzyzwyczajonych
do porażki.
...
Ambrose z coraz większą zręcznością przewracał i podpisywał kartki kolejnych
dokumentów, gdy nagle jego ciężką, żmudną pracę przerwała sekretarka.
"Nóż w plecy, jak ona mogła mi to zrobić. Przychodzić tutaj w szczytowym
momencie mojej roboty, by zapewne zacząć zawracać moją głowę byle czym"
pomyślał. Jednak gdy podniósł na nią wzrok, ujrzał jej spojrzenie, wiedział
już że coś jest nie tak, cholernie nie tak.
- Dowództwo pana wzywa, zwołuje konferencje w trybie natychmiastowym,
sytuacja kryzysowa - rzuciła szybko sekretarka po czym wybiegła zapłakana
z biura ku zaskoczeniu szefa. Nietypowe zachowanie tej dzielnej dziewczyny
tylko wzbudziło czujność Ambrose'a i zmobilizowało do działania. Wyszedłszy
z biura swoje kroki od razu skierował do kwatery głównej. Nie wiedzieć
czemu, szybki, miarowy chód wkrótce przemienił się w bieg. Ambrose gnał
jak wariat nie zwracając
w ogóle uwagi na awanturujących się potrącanych ludzi. Jeszcze tylko jeden
cholernie długi korytarz i dotrze do celu. Nagle potężna eksplozja wstrząsnęła
całą konstrukcją. Siła odrzutu powaliła oficera na ziemię. Po krótkiej
chwili, gdy się już pozbierał spojrzał w kierunku gdzie jeszcze przed
chwilą stały drzwi.
- Oho, do dowództwa już raczej nie dojdę - pomyślał wciąż gapiąc się z
niedowierzaniem w cholerną dziurę jaka pozostała po owym ostatnim korytarzu
i Sali, w której miała odbyć się konferencja.
Niespodziewanie w całym budynku rozległy się syreny. "Wszyscy piloci
mają rozkaz zająć stanowiska bojowe" wrzeszczały, zagłuszając się
wzajemnie. Ambrose nie namyślając się długo rzucił się pędem w stronę
hangaru.
- Może uda mi się tam dotrzeć zanim i jego rozjebią - przeszło mu przez
myśl. Po drodze mijał kompletnie zdezorientowanych, niewiedzących niczego
ludzi.
Straciwszy nadzieję na dowiedzenie się czegokolwiek przyspieszył bieg
i już po chwili znalazł się w ogromnym, mogącym pomieścić niejedną sporą
budowlę, hangarze. Podbiegł do swojego Boćka, którego już doglądał mechanik.
- Wszystko gra, życzę udanego lotu - zawsze pełen radości , tryskający
optymizmem na wszystkie strony kolega, obecnie był niepodobnie do siebie,
cholernie zgaszony.
- Do jasnej cipy! - ryknął Ambrose - może ktoś wreszcie powie co tu się
dzieje?! - powoli zaczął dawać upust swojej złości. - Najpierw wbiega
sekretarka, każe iść do dowództwa nic nie wyjaśniając, tyle ją widzę,
idę cholera do pieprzonego dowództwa a tu pieprzona dziura na jego miejscu,
dowództwa nie ma, żadnych informacji nie ma, więc może uświadomisz mnie
jakoś i opowiesz mi swoją historię?! - Ambrose swoim wybuchem zwrócił
uwagę sporej części obecnych.
- Armia Księżyc rozbita, totalna klęska, porażka, jakiej nigdy nie doznała
jeszcze WRP, właśnie przypuszczono inwazję na Ziemię.
Po tych słowach zaległa ogłuszająca, raniąca uszy cisza. Wiku chyba jako
jedyny jakimś cudem, zapewne dzięki swym przeogromnym kontaktom, uzyskał
tę wiadomość z samej góry, zanim z dymem poszło całe dowództwo. Do tej
pory, na dobrą sprawę, żaden ze zgromadzonych w hangarze żołnierzy nie
wiedział z kim będzie mu dane walczyć. Ciszę przerwały donośne, bojowe
okrzyki rozlegające się z głębi budynku.
-PMG znowu dało ciała! Pokażemy im jak się lata i strąca gnoi, którzy
ośmielili się zaatakować WRP! - Ambrose pobłogosławił w duchu tego człowieka,
karcąc się jednocześnie, że sam na to nie wpadł. Takie budujące, optymistyczne
słowa są niezwykle ważne w takich ciężkich momentach. Czuł do tego pilota
niezgłębiony podziw. Prawdopodobnie zdawał on sobie sprawę z ogromnego
ryzyka, z jakim wiązał się ten lot, był świadom również, że lotnictwo
nic nie wskóra przeciwko technologii, która rozgromiła PMG. Mimo to, potrafił
pokrzepić kolegów na duchu.
Wszyscy piloci z determinacją na twarzach zasiedli w kokpitach Boćków.
Z hangaru wyłaniały się kolejne maszyny, ustawiające się na pasie startowym.
W powietrzu już rozpętało się piekło.
- Jesteście przecież niewidzialni, dołóżcie tym pieprzonym egocentrykom
ośmielającym się atakować Macierz! - dało się słychać krzyk mechaników
w oddali.
Ambrose wystartował tuż za dowódcą swojej eskadry. Mieli zajšć prawe skrzydło.
- Nowak, świetny pilot, z nim na pewno nauczymy tych gnojków latać - pocieszał
się dowódca V3807. Bociek odbił się od powierzchni asfaltu, pilot przyciągnął
drążek do siebie. Był już w powietrzu. Szkolenie, jakie przeszedł nie
przygotowało go jednak na takie widoki, wszędzie roje pieprzonych NOL-ów
bezkarnie strącały kolejne maszyny Lotnictwa WRP.
- Kurwa! Kurwa! Jestem kurwa niewidzialny! Przecież oni nie mogę mnie
widzieć! Kurwa! - usłyszał rozpaczliwy monolog jednego z pilotów podczas
manipulowania gałką radia. Nagle mrożący krew w żyłach krzyk skończył
potok przekleństw. Ambrose zrozumiał, że próba sformowania jakiegokolwiek
szyku jest bezcelowa.
Uświadomił się również, że Boćki nie są dla agresorów niewidzialne. Co
chwila ginął jeden z jego kolegów, na ziemię spadały kolejne, płonące
wraki. Skupił się na sterach. Nagle na radarze pojawiły się 2 obiekty.
Siedziały mu na ogonie. Kilka manewrów w celu dostania się za plecy przeciwnika
nie przyniosło pożądanych efektów.
- Cwane sztuki - pomyślał. Podjął próbę zgubienia przeciwników w bardziej
górzystym terenie. Wróg odpalił rakietę. Szaleńczy i nagły skręt w lewo,
w celu uniknięcia zderzenia z pionową ścianą górską przyniósł swój cel.
Rakieta, czy cholera wie co, lecąca z nim zniszczona podobnie jak i pojazd,
który ją odpalił.
- Jeszcze tylko jeden i będę mieć czysty tyłek - stwierdził Ambrose. Obcy
nie dawał się jednak zgubić. Z każdą chwilą zmniejszał odległość i gdy
wydawało się, że to już koniec niespodziewanie zniknął z radaru.
- Co to Ambrose, sam sobie nie potrafisz wyczyścić pupci? - rozległ się
gruby, przyjazny głos w hełmofonie, który rozpoznałby wszędzie. Marian
nie po raz pierwszy uratował mu skórę.
- Wiesz, te cwane dupki umieją latać, dzięki za troskę - odpowiedział
Ambrose. Wstąpiła w niego nowa dawka sił. - Trzymaj się blisko mnie, pieprzony
oficerku wywiadu, czas im pokazać kto tu rządzi!.
Po kilkuminutowej walce Lotnictwo WRP nareszcie zaczęło dawać się we znaki
agresorom. Dobrze spisywała się bateria przeciwlotnicza, NOL-e nareszcie
zaczęły rozbijać się o piaski pustyni. Gdy wydawało się, że sytuacja dostaje
się w ręce wojaków WRP zza horyzontu wyjawiła się kolejna, o wiele większa
niż poprzednia flotylla wroga.. Niczym szarańcza, powoli, ale sukcesywnie
zbliżała się do Bazy Głównej VPKI w tym rejonie, niszcząc wszystko na
swej drodze.
- O kurwa! - tylko te słowa dało się obecnie słyszeć w głośnikach. Teraz
w hełmofonie rozległy się słowa modlitwy, któryś z pilotów zaczął nucić
hymn, który po chwili śpiewał już każdy.
- Żołnierze - ten głos należał do dowódcy całego dywizjonu - nie ma szans
na odwrót, pozostaje nam tylko walczyć, walczyć i jeszcze raz walczyć!
Nie oddamy im tanio swojej skóry, będę do jasnej cipy stał przy bramie
niebios i czekał tam na was i gwarantuję, że nie przepuszczę dalej żadnego
gnoja, który nie zaliczył co najmniej 3 strąceń i nawet pieprzony Święty
Piotr wam nie pomoże! Do boju! Za Polskę!
Wszystko stało się takie nierealne. "WRP w rozsypce, ale przecież
to niemożliwe. Takiej niezmierzonej, bezkresnej potęgi nie można zniszczyć!!!".
Dywagacje oficera wywiadu przerwał ostrzał przeciwnika.
...
Ambrose z pewnością nie był asem przestworzy, ale jak na razie trzymał
się dzielnie. Adrenalina robiła swoje, co rusz wyzwalając w nim nowe pokłady
energii i umiejętności, o których istnieniu nie zdawał sobie sprawy. Namiar,
strzał, namiar, strzał. Ambrose działał jak automat. Jego umysł przestał
już rejestrować widok strącanych samolotów kolegów i ostatnie, przeraźliwe
krzyki, rozlegające się w słuchawkach. Wstrząs. Nagle silnik ogarnął pożar.
-Szlag, dostałem - bezmyślnie i obojętnie stwierdził Ambrose. Mimo bólu
i dymu ograniczającego widoczność, rękami kurczowo zaciśniętymi na sterach
próbował
jeszcze manewrować samolotem.
-Udało się - dostrzegł resztki pasa startowego, na których postanowił
podjąć próbę awaryjnego lądowania. Zbytni optymizm, z taką prędkością
i zablokowanym podwoziem można by co najwyżej rozsmarować się na pasie.
Silnik po raz ostatnio zakaszlał, po czym umilkł na dobre. Samolot zaczął
spadać, pułap na szczęście dla pilota nie był wysoki. 20 metrów, 15 metrów,
10 metrów pokazywał wysokościomierz.
-Pora do piachu - przeszło mu przez myśl. Całym samolotem targnął silny
wstrząs, którego nie wytrzymało prawe skrzydło. Maszyna sunęła na brzuchu
po piachu z pełną prędkością. Zatrzymała ją dopiero leniwie wznosząca
się piaskowa wydma. Wewnątrz wraku zaczęły odzywać się ciche westchnienia.
Ambrose nie miał nawet siły jęczeć. Półprzytomny bezmyślnie wpatrywał
się w resztki kabiny, wciąż nie mogąc uwierzyć w to co się stało.
...
Kilka godzin po walce, gdy opadły już tumany kurzu, wreszcie można było
dostrzec obraz zniszczeń. Widok nie był budujący. Betonowa kupa gruzów
w niczym nie przypominał dowództwa VPKI w Burkina Faso. Wszędzie wokoło
walały się wraki samolotów. Przeważały Boćki, a raczej kupy poskręcanej,
nadwęglonej stali, które niegdyś nimi były. W powietrzu unosił się odór
śmierci. Gdzieniegdzie można było wpatrzeć statki najeźdźców. Mimo bohaterskiej
postawy całego wojska
stacjonującego w Burkina Faso, straty wroga były niewielkie.
Nagle pośród piasku rozległo się delikatne dudnienie, z biegiem czasu
przechodzące w odgłos kroczenia MECHów. Cudowne ocalałe resztki pododdziału
pod dowództwem podoficera Kurta miał za zadanie przeczesywanie pola walki
w celu odnajdowania ocalałych.
Ambrose już od kilki minut leżał przytomny, jednak słaby i bezsilny. On
również usłyszał odgłosy, które bezbłędnie rozpoznał jako MECHy. Zebrał
się w sobie i nadludzkim wysiłkiem zaczął krzyczeć. Po kilku minutach
nawoływań, całkiem opadł z sił i stracił że nadzieję, że ktokolwiek go
usłyszy. Niespodziewanie do jego uszu dobiegł odgłos cichego szurania
nogami po piasku, a po chwili ujrzał głowę, której właściciel z ciekawością
i nadzieją w oczach zaglądał do wnętrza kabiny.
- Ten tutaj chyba jeszcze żyje! Szybciej, cholera szybciej trzeba go wyciągnąć!
- gromki głos ponaglał resztę żołnierzy. Ambrose podziękował Bogu po czym
stracił przytomność.
...
- Zaczyna dochodzić do siebie panie dowódco - stwierdził jeden z operatorów
MECHa pochylając się nad oficerem leżącym w resztkach betonowego budynku.
- Co o nim mówi nasz medyk? - zapytał w odpowiedzi dowódca.
- Cholerny szczęściarz, połamane 4 palce, oparzenia pleców, liczne siniaki
stłuczenia, przed chwilą skończyli szyć mu nogę. Gdyby wszyscy mieli takiego
farta co on, prawdopodobnie nie byłoby ofiar śmiertelnych w tej pieprzonej
wojnie!
- Dobra, przygotować się zatem do wymarszu, wracamy do bazy. Radiooperator,
nadaj raport wspomnij, że do tej pory odnaleźliśmy tylko jednego człowieka,
będącego jeśli wierzyć znalezionym przy nim dokumentom dowódcą V3807.
- Chwilowy problem, panie dowódco! Nie mogę nawiązać łączności, ponieważ
radio zostało nieco uszkodzone podczas zabawy na tym złomowisku- odpowiedział
radiooperator.
- Dobra, obejdzie się na razie bez raportu, nadamy go później, teraz wy
dwaj - tutaj wskazał na dwójkę żołnierzy stojącą najbliżej wyjścia - udacie
się zobaczyć jak przedstawia się sytuacja na zewnątrz. Perspektywa spotkania
naszych przyjaciół z Kosmosu nie napawa mnie zbytnim optymizmem - Kurt
próbował podnieść morale swojego oddziału w jakikolwiek sposób.
Po chwili wyznaczona dwójka opuściła ruiny i udała się do swoich MECHów.
Odgłos machin kroczących oddalał się coraz szybciej. Po parominutowej
ciszy, pełnej oczekiwania w słuchawkach dowódcy rozległ się spanikowany
głos
- Tu zwiad, mamy cholerny problem, proszę o wsparcie, jesteśmy przy -.szzz..
- urwała się łączność, w słuchawkach rozległ się szum.
- Dobra chłopaki, trzeba im pomóc, zbieramy się - ryknął Kurt.
- A co z nim ?! - spytał jeden z żołnierzy wskazując ręką Ambrose;a.
- Zostawcie go, wrócimy tu po niego gdy rozprawimy się już z tymi gnojkami
- odrzekł dowódca, w głębi duszy życząc powodzenia tej oficerzynie, wiedząc,
że już tu po niego nie wróci. Oddział opuścił budynek.
Ambrose ocknął się akurat by zobaczyć wychodzących żołnierzy. Zdezorientowany
zaczął rozglądać się po wnętrzu budynku. Jego myśli stanowiły teraz prawdziwą
mieszankę, coraz to nowe pytania pojawiały się i kłębiły w jego głowie.
- Gdzie ja jestem, co ja tu robię, kim byli Ci ludzie, dlaczego sobie
poszli, czy to tak do cholery wygląda niebo?! - Refleksje na temat swojego
położenia przerwał huk wystrzału. Następnie powietrze rozdarł przeraźliwy,
przepełniony bólem krzyk.
- Osłaniaj go! Przegrupować się! Cholera, masz go za plecami! Uważaj!
- odgłosy dochodziły z zewnątrz.
Miał ochotę je sprawdzić, jednak w tym przypadku naturalne instynkty nakazujące
się ukryć w bezpiecznym miejscu by przeżyć wzięły górę nad ciekawością.
Kolejne przeraźliwe krzyki, po czym wszystko ucichło. Zdążył się schować
w ocalałej, na wpół zawalonej gruzem szafie. Ambrose starał się nasłuchiwać,
mając nadzieję usłyszeć ludzki głos obwieszający, że już po wszystkim.
Jednak wycieńczony krótkim biegiem po raz kolejny stracił przytomność.
Tarnowskie Góry
6 czerwiec 2057
Po zakończeniu fortyfikacji dowódca wysłał wiadomość do Zjednoczonego
Dowództwa Polskich Sił Zbrojnych...
(...) Lotnisko w Tarnowskich Górach zniszczone.... 7. Dywizjon praktycznie
cały zniszczony, większość zółnieży poległo, niedobitki "Szczęśliwej
siódemki" ewakuowane na lotnisko polowe... Na stanie trzy Mariany
IX ( w tym jeden lekko uszkodozny), liczba ludzi: 4 pilotów, 13-tu techników
obsługi naziemnej, zapasy paliwa: wystarczające ..... czekamy na rozkazy
i dalsze polecenia...
Dowódca 7. Dywizjonu Lotnictwa Transportowego Oficer Arnie (...)
Nikt nie wiedział, że raport nigdy nie dotarł do dowództwa. Które już
po prostu nie istniało.
powrót
|